Małgosia Malinowska

Urodziłam się w Warszawie na kilka lat zanim Polska wyrwała się z komunistycznego reżimu i optymistycznie wkroczyła w młodą, raczkującą demokrację. Słowiańskie pochodzenie ukształtowało moje melancholijne podejście do estetyki i przywiązanie do miejsca, które nazywa sie domem, ale nie powstrzymało mnie przed nomadyczną ciekawością świata. Już w czasie studiów odbyłam tradycyjną podróż włoską, jadąc na wymianę do Academia delli Belle Arti di Brera w Mediolanie. Od tamtej pory szukam siebie w różnych miejscach, coraz bardziej przekonując się do romantycznego mitu, że najlepszą szkołą dla artysty są podróże.

Po otrzymaniu dyplomu na Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych kontynuowałam swoją edukację na Central Saint Martins Collage w Londynie, a obecnie na National Academy School w Nowym Jorku, gdzie jako stypendystka realizuję swój najnowszy projekt artystyczny w ramach programu Studio Art Intensive.

 

Jestem malarką. Żyję dla pracy i poprzez pracę. Kreacja jest dla mnie usprawiedliwieniem istnienia a nieustanna obserwacja rzeczywistości i szukanie nowych form wyrazu stanowią dla mnie największą przyjemność z życia.

 

W moich wcześniejszych pracach skupiłam sie na swoim ciele. Nagie autoportrety stanowiły punkt wyjścia do wyeksponowania dojrzewającej we mnie seksualności i próbę odnalezienia satysfakcjonującego środka ekspresji w konflikcie między toczącymi we mnie walkę potrzebami ducha i ciała. Wielkoformatowe prace, ograniczające sie tylko do postaci ludzkiej, były jak graficzny wykrzyknik gdzie wołałam o uwagę i spełnienie. Dotyk pędzla na płótnie, jawił mi się wtedy symbolicznym zaspokojeniem potrzeby bliskości. Dojrzewając jako kobieta i malarka torowałam sobie prawo do głosu otwierając ramiona i rozchylając nogi.

 

Autodestrukcyjny hedonizm tej postawy skłonił mnie do nabrania dystansu do własnej osoby i zwrócenia się w stronę mniej przyjemnego, a jednak wciąż dręczącego mnie zagadnieniem przeszłości.

 

Pamięć jest ludzką koniecznością w walce z czasem i zbliżającą się śmiercią. Ale co jeśli pamiętać znaczy cierpieć a wspomnienia stają się uciążliwym stygmatem?

 

W swoim nowym cyklu próbuję przenieść się w czasie. Rodzinny album z fotografiami budzi we mnie niewygodne uczucie melancholii, bolesnej tęsknoty. Zadaję sobie pytanie, co tak naprawdę znaczy dla mnie moje żydowskie pochodzenie i kłopotliwa przeszłość mojego kraju. Aby zapełnić niewygodną pustkę usilnie staram się przywołać świat, który minął bezpowrotnie. W formach i kolorach tropię niewytłumaczalne odczucie Zetgest, niekończące sie dejavu, które nawiedza mnie od dziecka. Poprzez malarski język estetyki przywołuję przeszłe, zadając sobie pytanie o symbolikę pamięci i potrzebę świadomości historii.

 

Przedwojenny świat zniknął bez instrukcji na przyszłość, a nowe pokolenie wyrosłe niekiedy w swoistym sekrecie musi samo odnaleźć brakujące ogniwa pomiędzy tym co kiedyś, a teraz.

„Pokolenie utracone” jest intymnym zapisem mojej potrzeby przynależności kulturowej i próbą pogodzenia się z duchami przodków, którzy nie są w stanie zapewnić mi komfortu tradycji. Szukając sposobu na zrozumienie i przywołanie przeszłości intuicyjnie odwołuję sie do figury dziecka. Inspirowane archiwalnymi fotografiami z Muzeum Jad Vashem w Jerozolimie, moje portrety przedstawiają dzieci z czasów na dzień przed zagładą. Niespokojne, bo przeczuwające zbliżające sie zagrożenie, ale wciąż niewinne, jak świat przed najczarniejszym rozdziałem w historii agresji, patrzą na nas intensywnie, nieświadome wyroku. Nie mogę się pogodzić z ich smutnym wyrazem twarzy, chcę je na nowo przywołać do życia, zadośćuczynić ich utraconemu dzieciństwu. Ze strachu i tęsknoty próbuję zatrzymać bieg czasu. Gdybym urodziła się dwa pokolenia wcześniej byłabym właśnie takim dzieckiem. Okrutność drzemiąca w człowieku budzi mój protest i obrzydzenie a zarazem poczucie obowiązku  w stosunku do własnej prawdy.

 

Odwoływanie się do historii i zadawanie pytań o tożsamość wydają mi się obecnie jedynym sposobem na drodze mojego rozwoju artystycznego i poszukiwania najważniejszej wyroczni w swoim życiu, samej siebie.

 

Wieżę, ze neurotyczny ród artystów jest solą ziemi, a piękno kryje sie wszędzie. Urodziłam się aby mu służyć.

 

Małgosia Malinowska